Śląskie inspiruje - Boże Narodzenie i nowy rok.

Autor:
ŚOT
Data publikacji:
25 Grudzień 2020
Odsłuchaj tekst

Śląskie emanuje pozytywną energią przez cały rok chociaż ten był zupełnie inny. Wyjątkowy nastrój panuje w regionie zimą, gdy rozpoczynają się przygotowania do świąt Bożego Narodzenia i powitania Nowego Roku. Wtedy ujawnia się bogactwo ludowych tradycji, wciąż kultywowanych w różnorodnych zakątkach województwa śląskiego.

Prezent od Dzieciątka


Tradycje świąteczne w Polsce oraz w Śląskim są bardzo bogate. Jeden ze zwyczajów bożonarodzeniowych, inny niż w pozostałych regionach, jest do dzisiaj praktykowany w regionie. Prezenty przynosił tu od zawsze nie Święty Mikołaj czy Gwiazdor, lecz nowo narodzony Jezus, czyli Dzieciątko – prawdopodobnie było to nawiązanie do Trzech Króli, którzy składali hołd w Betlejem i przynieśli Dzieciątku dary. Przed laty obdarowywano się skromnie i podarki trafiały tylko do dzieci. Mógł to być własnoręcznie zrobiony szalik, drewniany konik lub garść słodyczy. Współcześnie chyba nie ma osoby, która nie lubi dawać i dostawać prezentów. W niebanalne podarki można się zaopatrzyć na jarmarkach świątecznych organizowanych w wielu miejscach regionu. W chorzowskim Skansenie w trakcie „Śląskiej Wiliji” na straganach można było znaleźć wszystko, co kojarzy się ze świętami i zimą: ozdoby, przysmaki, choinki, kartki świąteczne, zabawki dla dzieci. Na jarmarku sprzedawane były nie tylko lokalne wędliny, sery, przetwory, miody pitne i pierniki, ale także wiele ręcznie wykonanych cudeniek, które sprawdzą się jako niepowtarzalne prezenty. Na stragany uginające się pod regionalnymi smakołykami i wyrobami rękodzielniczymi można było trafić również w Katowicach. Od wielu lat organizowany był największy - Jarmark na Nikiszu. W tej zabytkowej, robotniczej kolonii przez dwa grudniowe dni na mieszkańców czekało wiele atrakcji: koncerty, wiedeńska karuzela, pociąg Świętego Mikołaja, wystawy prac lokalnych artystów i oczywiście degustacje kuchni śląskiej. Również w centrum stolicy regionu w grudniu panuje bożonarodzeniowa atmosfera. Przez trzy tygodnie przed świętami miejski deptak przy ulicy Staromiejskiej zapełniał się kramami z tradycyjnymi i regionalnymi wyrobami: wypiekami, wędlinami, miodami, nalewkami, ozdobami choinkowymi, rękodziełem, biżuterią, zabawkami i innymi artykułami związanymi ze świętami Bożego Narodzenia.

„Podłaźnik” zamiast choinki

Na terenie Górnego Śląska najszybciej, bo już na początku XX w., przyjęła się tradycja strojenia choinki, którą przyozdabiano orzechami, jabłkami, cukierkami i własnoręcznie wykonanymi ozdobami z bibuły i kolorowego papieru. Ozdobiona choinka nazywana „drzewkiem życia” posiadała wymiar magiczny, miała przyczynić się do zapewnienia urodzaju i pomyślności gospodarstwa i gospodarzy na kolejny rok. Na Podbeskidziu królował przystrojony „podłaźnik”, czyli czubek jodły lub świerku podwieszony pod sufitem paradnej izby. Strojono go w kolorowe wstążki, bibułki lub słomkowe, własnoręcznie wykonane ozdoby. Z kolei w Zagłębiu Dąbrowskim przed kolacją wigilijną ustawiano snopy zboża, po jednym z każdego rodzaju w czterech kątach izby. U sufitu wieszano „świat” – ozdobę wykonaną z opłatków, a nad stołem „pająki” – ozdoby geometryczne wykonane z żytnich słomek z dodatkiem kwiatków i harmonijek z bibułek. Po udekorowaniu izby paradnej, gdzie miała się odbyć Wigilia, przystępowano do przygotowania samej wieczerzy.

Makówki czy makiełki?


Ważne było, by na stole wigilijnym pojawiły się dania przygotowane zarówno z takich produktów, których miało nie zabraknąć przez kolejny rok, jak i z takich, które można było zebrać na polu, w ogrodzie, sadzie i lesie. Nie mogło zabraknąć potraw z kapusty, fasoli bądź grochu, ziemniaków, grzybów, suszonych owoców i maku. W zależności od inwencji gospodyń jedzono barszcz, zupę grzybową lub rybną. Dawniej w domach chłopskich i robotniczych – poza śledziem – nie podawano ryb. Dania z karpia przyjęły się na dobre dopiero po II wojnie światowej, ponieważ była to ryba hodowlana, tania i łatwo dostępna. Kiedyś na Górnym Śląsku trudno było sobie wyobrazić, by na stole przykrytym śnieżnobiałym, wykrochmalonym obrusem mogło zabraknąć siemieniotki i moczki. Pierwsza potrawa to zupa przygotowywana z siemienia konopnego, podawana z kaszą jęczmienną. Według wierzeń ludowych siemieniotka miała magiczną moc dzięki dużej ilości zawartych w niej ziaren. Z kolei zapomnianą dziś moczkę przyrządzano z ciemnego piernika, migdałów, rodzynek, orzechów laskowych i dużej ilości wody, w której moczyło się składniki. Widoczne były różnice regionalne w wyborze tradycyjnych dań wigilijnych. W Zagłębiu popularny był garus, czyli zupa z suszonych śliwek, serwowana z fasolą lub ziemniakami, a także makiełki, czyli kluski albo łazanki z mielonym makiem. Na Górnym Śląsku królował inny wariant kulinarny tej potrawy, czyli makówki. Była to bułka lub chałka przekładana masą makową, gotowaną na mleku, z dodatkiem miodu i bakalii.

 

„Jakiś we Wilijo, takiś cołki rok”


Wieczór wigilijny obwarowany był wieloma nakazami i zakazami. Unikano tego dnia swarów, należało też wcześnie wstać i oddać wszystkie pożyczone wcześniej przedmioty. Wiązało się to z tradycyjnym przysłowiem ludowym: „Jakiś we Wilijo, takiś cołki rok”. Na stole stało dodatkowe nakrycie dla zbłąkanego wędrowca, chociaż początkowo pusty talerz, według tradycji, czekał na dusze zmarłych, by mogły uczestniczyć w kolacji. Podkładano pod stół metalowy przedmiot, na którym trzymano nogi, by były silne, owijano stół łańcuchem symbolizującym siłę i jedność rodziny przy nim zasiadającej. Od stołu nikt nie powinien wstawać oprócz gospodyni, bo przynosiło to nieszczęście. Po kolacji wigilijnej przystępowano do wróżb pogodowych i matrymonialnych. Wróżby z siana, orzechów, szczekania psów miały przynieść powodzenie, zdrowie i urodzaj na cały nadchodzący rok

Pastuszkowie, hej!

W całym regionie kultywowano tradycje kolędnicze. Kolędnicy chodzili od św. Szczepana, czyli od drugiego dnia świąt. Byli to pastuszkowie, szopkarze, a także grupy herodowe przedstawiające historię króla Heroda. Zwyczaje te były najsilniejsze w okolicach Beskidu Śląskiego i Żywieckiego. Tam można było spotkać dziadów żywieckich, połazowian (połaźników), odwiedzających domostwa z ustrojoną gałązką połaźniczką, oraz grupy w przebraniach szlachcica, masarza, Żyda czy górala, chodzące po gospodarstwach w towarzystwie muzykantów. Odwiedziny grup kolędniczych były mile widziane. W zamian za powinszowania i wizytę, która przynosiła szczęście, kolędnicy dostawali datki, byli częstowani potrawami i trunkami.

 

Wyświetlenia:  148